Gleba – z czym to się je?

W niektórych kręgach krąży pogląd, że gleba to nie jest zwyczajne słowo. To stan umysłu… Jakby się nad tym zastanowić to coś w tym jest. Ale zacznijmy od początku.

Praktycznie od kiedy powstały samochody produkowane masowo, zaczęła pojawiać się myśl o ich lepszym dopasowaniu do jednostkowego użytkownika. Dawniej, zaczynało się to od tworzenia, własnego pojazdu, całkowicie od podstaw, idealnie dopasowanego do siebie. Tak to zrobił Ferdynand Porsche konstruując pierwsze sportowe Porsche – 356. Z czasem auta przestały być rzadkością, po prostu stały się czymś codziennym jak chleb powszedni. Wówczas ich właściciele, niejednokrotnie wzorując się na sportowych wozach, próbowali wyróżnić swoje auto pośród tłumu.

Jednym z takich „modów” jest rzeczona gleba. Natomiast na czym to polega? Większość z Was na pewno się już otarło o to pojęcie. Dlatego podstawowe kryterium jest dość oczywiste: położenie auta możliwie nisko względem ziemi. Jednak ile jest osób tyle jest sposobów i rozwiązań tego „problemu”.

Jedni używają gwintowanego zawieszenia, które daje dużą możliwość regulacji wysokości auta względem ziemi. Jest to jednak obarczone kosztem ręcznej (dosłownie) regulacji w postaci ściągnięcia każdego koła i podłubaniem przy amortyzatorze. Później geometria, trochę zachodu przy tym jest. Inni korzystają z dobrodziejstw sprężonego powietrza i wzorując się na Mercedesach za pół bańki z „MPK”, przy pomocy kilku guzików we wnętrzu auta używają systemów Air Ride.

Jedni cenią maksymalne, wręcz chore zejście w dół. Niejednokrotnie wiąże się to ze zbudowaniem nowej ramy i wycięciu nadkoli, lub całkowitym pocięciu kasty. To rozwiązanie jest bardzo popularne w US, szczególnie w autach typu pick-up. Dla innych ważne jest idealne dopasowanie koła z obrysem auta, a także z nadkolem.

Tak czy inaczej chodzi o to aby było nisko… aby było fest LOW. Tutaj właśnie docieramy do kwestii pojęcia gleby jako stan umysłu. Bo pomijając sam wygląd auta, problem polega na tym, że zawsze jest pewien niedosyt. Nie ma dnia w którym byśmy nie myśleli co tu jeszcze zrobić aby auto stało niżej. Aby ta cienka szczelina między oponą o błotnikiem była jeszcze mniejsza. Zawsze wydaje nam się, że auto stoi za wysoko, że wręcz (używając naszego żargonu) przód/tył czy cała fura „pieje”. Dalej kręcimy śrubkami, zmieniamy ustawienia aby było niżej. Nie ważne, że polskie drogi są takie jakie są, że przejechanie progu zwalniającego jest niczym wejście na K2 zimą, a Panowie policjanci, przy kontroli, zastanawiają się dlaczego z dachu nie zrobimy stolika barowego, skoro jest tak nisko. Ważne by było LOW. Bo gleba to nie to co jest w czy na aucie, tylko to co siedzi nam i Wam w głowach…

Pozdro
Statek & wL